poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Białowieża - na tropie wschodnich smaków

W tym roku spędziliśmy bardzo smakowity urlop, w najbliższych wpisach postaram się pokazać Wam to czego mieliśmy okazję spróbować. Nasz plan był prosty jedziemy w Polskę odpocząć i dobrze zjeść. Już teraz mogę śmiało powiedzieć, udało się! W naszym pięknym kraju jest naprawdę wiele miejsc, które oferują coś więcej niż frytki ze starego tłuszczu. Czasem trzeba poszukać ale warto poświęcić trochę czasu i wybrać miejsce, które dopieści Wasze kubki smakowe i odkryje przed Wami kulinarne sekrety regionu.

Na pierwszy ognień wybraliśmy Białowieżę. Pamiętałam to miejsce sprzed wielu, wielu lat, kiedy byłam tam jako dziecko. Po przyjeździe odwiedziliśmy Rezerwat Pokazowy Żubrów, który niestety trąci myszką. Miejsce, które powinno być jedną z wizytówek regionu i magnesem na turystów jest takie samo jak 20 lat temu. Przed wejściem do rezerwatu stoją brzydkie, drewniane, rozpadające się budki z tandetnymi pamiątkami, aż chce się krzyknąć "dlaczego?". Z powodu upału większość zwierząt schroniła się w cieniu, więc po godzinnym spacerze pojechaliśmy zameldować się i zjeść obiad. Przed wyjazdem zrobiłam porządne poszukiwania gdzie w Białowieży warto się zatrzymać. Mieszkaliśmy w przepięknym miejscu - Stoczek 1929. To restauracja oraz 4 pokoje do wynajęcia. Doba ze śniadaniem dla dwóch osób to koszt 250 zł, nie jest najtaniej ale wierzcie mi warto odwiedzić to miejsce, szczególnie ze względu na kuchnię.





Od samego wyjazdu z Warszawy myślałam tylko o tym, że w Białowieży zjem pielmieni. Nie zaskoczy Was więc mój obiadowy wybór :) Ł. odważnie skusił się na ozór. Moje pierożki były doskonałe, właśnie takie, jak je sobie wyobrażałam. Cienkie aksamitne ciasto i dobrze doprawione, intensywnie czosnkowe mięsne nadzienie. Ozora nie spróbowałam ale Ł. bardzo chwalił, więc wierzę mu na słowo. Jedyne co mogę dodać od siebie to, moim zdaniem, bardzo ciekawy sposób podania -pokrojony w cienkie plasterki niczym carpaccio. Zanim dostaliśmy danie główne każde z nas zamówiło zupę. Ja wybrałam zupę rybną (soliankę) a Ł. wersję mięsną tego dania. Fajnie, że zdecydowaliśmy się na dwa rodzaje, dzięki temu każde z nas miało okazję spróbować zupy sąsiada i przekonać się jak bardzo różnią się w smaku mimo podobnych składników i wyglądu. Mięsna wkładka w zupie Ł. nadała jej zimowego charakteru, mocno wyczulany był smak wędzonki. To takie danie, którym można się najeść na długo, moja była zdecydowanie lżejsza ale również bardzo sycąca. Przyznam, że pierwszy raz w życiu  miałam okazję jeść soliankę i kiedy czytałam co wchodzi w jej skład nie mogłam zrozumieć jak to wszystko może do siebie pasować? Kapary, oliwki, ryba i do tego jeszcze ogórek kiszony a to wszystko połączone smakiem pomidorowym. A jednak! Ta zupa to strzał w dziesiątkę i bardzo się cieszę, że miałam okazję spróbować jej w tak fantastycznym miejscu.




Ukontentowani posiłkiem poszliśmy na intensywny spacer żeby bez większych wyrzutów sumienia móc zjeść kolację. Po takim obiedzie nie mogliśmy doczekać się wieczoru. Jeśli mam być szczera to ja od razu wiedziałam co zjem na kolację.. Białowieżę można obejść w ciągu jednego dnia,  szczególnie polecam Wam spacer po niezwykle urokliwym parku pałacowym. Można się zmęczyć bo  jego spora część położona jest na wzniesieniu, więc marsz pod górkę murowany. Dla zmęczonych i spragnionych jest knajpka, która sądząc po jej wystroju, doskonale pamięta poprzedni ustrój ale można tam przysiąść na chwilę i pokrzepić się szklaneczką cydru. 

Po długim marszu przez Białowieżę z jednego jej końca na drugi czuliśmy, że zasłużyliśmy na kolację. Wieczór był piękny i upalny dlatego wybraliśmy miejsca na zewnątrz. Ja zamówiłam bliny gryczane z łososiem a Ł. polędwiczkę wieprzową w sosie grzybowym. Bliny były doskonałe, lekkie i puszyste z solidną porcją łososia na wierzchu a do tego przepięknie podane. Jak na mój gust mogły by być odrobinę bardziej słone ale tylko odrobinę. Całość pasowała do siebie idealnie wędzony łosoś i kwaśna śmietana świetnie podkręcały smak całego dania. Mięso, które zamówił Ł też było wyśmienite. Moim zdaniem porcja była trochę mała, szczególnie dla faceta i to chyba jedyny minus tego dania. Polędwiczki były kruche i soczyste a sosu nie było ani za dużo ani za mało. Do tego gotowane ziemniaczki i kilka kwiatów brokułów i kalafiora. W szklaneczkach przyjemnie bomblował nam cydr a wieczór trwał, trwał i trwał..




W kolejnym wpisie zabiorę Was w na tatarską wyprawę!

1 komentarz:

  1. Spędzałam w Stoczku wakacje w lipcu.
    Ciekawa relacja.

    OdpowiedzUsuń